Wyprawa na Syberię
22.07 - 26.08.2012

Powrót



Syberia to wielka kraina geograficzna o powierzchni ok. 10 mln km2 w północnej Azji, zajmująca całą azjatycką część zlewiska Morza Arktycznego, pomiędzy Uralem na zachodzie, Morzem Arktycznym na północy, górami na wybrzeżu Oceanu Spokojnego na wschodzie i stepowymi obszarami Kazachstanu oraz Mongolii na południu. Zachodnią część zajmuje Nizina Zachodniosyberyjska, dalej na wschód, w dorzeczu Jeniseju i częściowo Leny leży Wyżyna Środkowosyberyjska, na północ od niej Nizina Północnosyberyjska, a od wschodu niewielka Nizina Środkowojakucka. Niziny (Kołymska i Indygirska) występują też w północno-wschodniej części Syberii, pozostałą część Syberii zajmują góry: na południu - Wschodni i Zachodni Ałtaj, Sajan Wschodni, Sajan Zachodni, Góry Jabłonowe, Góry Stanowe i Pasmo Stanowe, na wschodzie - góry Dżugdżur oraz Czerskiego, Wierchojańskie i Kołymskie, odwadniane przez Janę, Indygirkę i Kołymę. Południowo-wschodnia część Syberii odwadnia Amur.

Syberia cechuje się klimatem silnie kontynentalnym, na większości obszaru umiarkowanym chłodnym, na południowym zachodzie umiarkowanym ciepłym, na północy zaś subpolarnym i polarnym. W północno-wschodniej części Syberii, nad górną Indygirką, leży biegun zimna półkuli północnej Ojmiakon, północna część Syberii leży w strefie tundrowej, tundra porasta też wyższe wzniesienia gór wschodnich Syberii. Większość obszaru Syberii leży w strefie tajgi, przechodzącej na południu w stepy i lasostepy.

Zasiedlana od paleolitu w I tysiącleciu p.n.e. zajmowana przez koczowników azjatyckich, w III-II w. p.n.e. opanowana przez Hunów, a w VI w. przez ludy pochodzenia tureckiego. W połowie XIII w. znalazła się w granicach imperium mongolskiego Czyngis-chana. Od XI w. zwierzchnictwo nad północno-zachodnią częścią Syberii przejął Nowogród Wielki, a od 1478 Moskwa. Po upadku Złotej Ordy w XV w. na południowym zachodzie powstał chanat syberyjski. Rosyjską ekspansję zapoczątkował w 1552 podbój chanatu kazańskiego. Kolonizację terenów nad rzeką Kamą prowadzili Stroganowowie, rosyjski ród kupiecki będący monopolistą w handlu na ziemiach na wschód od Uralu. Z inicjatywy Stroganowów w 1581 wyruszyła ekspedycja Kozaków Jermaka Timofiejewicza, która rozbiła chanat syberyjski i w październiku 1582 dotarła nad Irtysz otwierając drogę dalszej ekspansji rosyjskiej.

Gdzieś na Syberii (Foto archiwum)

Rozpoczął się planowy podbój i kolonizacja ziem zauralskich, powstały pierwsze miasta rosyjskie: Tiumeń (1586), Tobolsk (1587), Tara (1594), Tomsk (1604). W 1619 kolonizacja sięgnęła Jeniseju, w 1632 Angary (Brack) na południu i Leny na wschodzie, w 1639 dotarła do północnych wybrzeży Oceanu Spokojnego (Ochock), w 1645 doszła do ujścia Amuru, a w połowie XVII w. do jeziora Bajkał (Irkuck 1652). Początkowo całością obszarów zauralskich administrowano bezpośrednio z Moskwy. W 1708 utworzono gubernię syberyjską ze stolicą w Tobolsku, w 1764 powstały dwie (Tobolsk, Irkuck), a w 1897 funkcjonowały cztery gubernie (Tobolsk, Irkuck, Tomsk, Jenisejsk). Od połowy XIX w. nastąpił wzrost znaczenia gospodarczego Syberii m.in. dzięki budowie Kolei Transsyberyjskiej (1891-1916). Początkowo Syberia była bazą surowcową dla europejskiej części Rosji, później było to już zaplecze przemysłu, głównie ciężkiego. Znajdowały się tam największe w ZSRR obozy pracy przymusowej (m.in. w Tobolsku, Tomsku, Norylsku, Jakucji i dorzeczu Kołymy). Od 1991 Syberia wchodzi w skład Rosji, administracyjnie dzieląc się na Region Wschodniosyberyjski i Zachodniosyberyjski. Obszar jest bogaty w złoża mineralne, głównie węgiel kamienny i brunatny, ropę naftową i gaz ziemny, rudy żelaza, niklu, miedzi oraz srebro, złoto i diamenty. Tereny są słabo zaludnione, a większe skupiska ludności znajdują się w południowej części regionu wzdłuż transsyberyjskiej linii kolejowej. Tajga jest obszarem łowieckim i terenem pozyskania drewna. Główne miasta to Nowosybirsk, Omsk, Krasnojarsk, Nowokuźnieck i Irkuck.


Historia motocyklowych podbojów Azji, w tym Syberii ma dość bogatą monografię. Dla ilustracji tych wysiłków przeczytajcie sobie relację spisaną przez jednego z polskich podróżników, który usiłował pokonać Syberię na motocyklu. Jaki miała przebieg jego wyprawa, co zobaczył, kogo spotkał i czego doznał, tu znajdziecie pełen opis!




Zgodnie z planami w niedzielę 22.07. motocykliści Husarii wyruszyli na wyprawę. Jurek Kozera i Mirek Kalinowski pojechali w szpicy, kilka dni przed pozostałą czwórką, która dołączy w specjalnym aucie terenowym Romka Sendala. Załogę wozu stanowić będą Romek Sendal, Jarek Koczara "Czernik" jako drugi kierowca i mechanik, Janusz Białoskórski z Trzcianki oraz Aleksiej Sotoliuk z Ukrainy - lekarz i tłumacz wyprawy. Kluczowym elementem były wizy rosyjskie, na które uczestnicy czekali około 1 miesiąca!

Trasa została wyznaczona przez Litwę i Łotwę do Rosji. Tam pojadą dalej na wschód omijając Moskwę przez Niżnyj Nowgorod, Kazań, Ufę, Czelabińsk, Omsk, Nowosybirsk do Krasnojarska. Stąd wybiorą najbardziej optymalny dojazd do najdalej na wschód położonej wsi Wierszyna w Obwodzie Irkuckim zamieszkałej w większości przez Polaków. To będzie najbardziej wzruszający moment, gdyż zaplanowali spotkanie z Polonusami i wręczenie daru pieniężnego na potrzeby tamtejszej szkoły. Spędzą w Wierszynie tyle czasu, ile trzeba i potem wyruszą w kierunku Irkucka do jeziora Bajkał. Po drodze czekać będzie przeprawa przez rzekę Angarę i potem kilkudniowy wypoczynek na campingu w Bolszoje Gołoustnoje prowadzonym przez polsko-rosyjskie małżeństwo nad samym Bajkałem. Planowana długość tej połowy wyprawy liczy ok. 10.000 km i będzie prawdziwym sprawdzianem ludzi i sprzętu.

Po spędzeniu kilku dni na regeneracji sił ruszą w drogę powrotną przez Mongolię i Pustynię Gobi. Trasa powiedzie przez Ułan Bator i dalej alternatywnie północnym lub południowym szlakiem przez pustynię do granicy mongolsko-rosyjskiej. Stąd pojadą przez Chadan i Abakan do Krasnojarska zamykając okrężną część trasy w Nowosybirsku i powrócą identyczną drogą, jak przyjechali wprost do domu. Całość wyprawy zamknie się w dystansie ok. 20.000 km przejechanych w ciągu ok. 30 dni wliczając czas na zwiedzanie i odpoczynek. To plany, a rzeczywistośc pokaże, jak długo wytrzymają trudy podróży i wrócą z tarczą, czy na tarczy. Przygotowani są dobrze i mają duże doświadczenie w dalekich podróżach, choć bieżąca wyprawa jest naprawdę dużym wyzwaniem, szczególnie dla motocyklistów!

Mapka przedstawia trasę z naniesionymi punktami docelowymi oraz bieżącą, aktualizowaną codziennie pozycją obu ekip wyprawy.


Pokaż Syberia_2012 na większej mapie



Dzień pierwszy, niedziela 22.07.2012
Umówiliśmy się o godz. 5:30 na spotkanie w niedzielny poranek, żeby pożegnać z kolegami przed wyjazdem i życzyć im szczęśliwej podróży i takiego samego powrotu. Na parkingu stacji paliw BP w Pile zameldowała się punktualnie wspomniana wyżej dwójka motocyklistów. Pogoda dopisała, wstało piękne słońce i zapowiadał się bezdeszczowy, wreszcie normalny dzień. Jurek na Yamaha Tenere był już gotowy do drogi, a Mirek tymczasem zatankował swój Kawasaki GTR1000 i mieliśmy chwilkę czasu na rozmowę. Miłym akcentem była pluszowa maskotka Zosi - córeczki Mirka podarowana na szczęście i umieszczona na kierownicy, za szybą motocykla.

Jedyna mapa jaką wzieli...

Na pierwszy rzut oka nie sprawiali wrażenia podróżników na starcie do tak długiej i zapewne trudnej wyprawy, a raczej była to ekipa planująca krótką wycieczkę do Bydgoszczy i z powrotem. Jednak nic bardziej mylnego, bo przytroczony bagaż zawierał niezbędne wyposażenie turystyczne, w tym indywidualne namioty i śpiwory oraz rzeczy osobiste wraz z podstawowymi kompletami narzędzi i części zamiennych. Duże gabarytowo zapasowe opony powędrowały do samochodu Romka i będą stanowiły rezerwę, która niewątpliwie przyda się jeśli zedrą dopiero co założone, nowe ogumienie. Tak więc są gotowi, a przynajmniej teoretycznie zmierzyć się z nieznaną Syberią.

Jak widać na fotografiach, obydwaj mają na twarzach niczym niezmącony spokój i husarską fantazję w oczach, która będzie bardzo potrzebna na trudnym szlaku. Mirek dodatkowo zabiera ze sobą gorączkę, gdyż trapi go jakieś zaziębienie, lecz mamy wszyscy nadzieję na szybki powrót do zdrowia w kontynentalnym klimacie krain, jakie niebawem odwiedzą. Pocieszeniem jest obecność lekarza Aleksieja w ekipie, jednak oba zespoły spotkają się dopiero za kilka dni.

Jurek i Mirek w doskonałych humorach pożegnali się z kolegami i ruszyli ok. 6:00 w kolejną, długą podróż. Przyjęli stałą prędkość ok 1** km/h i jazdę non-stop z przystankami na tankowanie co 300 km. Wbrew obawom jazda była mało uciążliwa, więc wypuścili się przez Litwę aż do Łotwy.

Jednak gdzieś w połowie odcinka litewskiego odmówił posłuszeństwa układ chłodzenia w Tenerze. Wstępna diagnoza dotyczyła braku płynu chłodzącego, więc Mirek pojechał szukać gdzieś wody, której akurat nie mieli ani kropli! Dotarł do najbliższej wioski składającej się bodajże z pięciu kominów. Na ławeczce obok jednej z nich spał dziadek, a obok leżała plastikowa butelczyna po zapachu ze środka przypominająca popularnego u nas Mamrota. Za milczącym pozwoleniem śpiącego Mirek 'wypożyczył' flaszkę, ze studni nalał wody i popędził ratować Yamahę. Niestety, po kilku kilometrach temperatura płynu znów sięgnęła niebezpiecznej wartości, więc kolejnym krokiem było sprawdzenie termostatu. Tu natrafili na problemy, których bez pomocy miejscowych z pewnością nie rozwiązaliby tak sprawnie. Próby odkręcenia mocujących śrub okazały się nieskuteczne z powodu... braku odpowiedniego wkrętaka. W dodatku przy motocyklistach zaczęła balansować kobieta w wieku balzakowskim i stanie wskazującym krytycznie nadzorując Mirka przy upartym termostacie. Również takie konsylium nie było w stanie uporać się z usterką i dopiero odsiecz w postaci przygodnego bikera z odpowiednimi narzędziami i paczką... papierosów przyniosła właściwy skutek.

Dalej pojechali już bez kłopotów docierając ok. 22:00 do granicy łotewsko-rosyjskiej. Tu jednak zatrzymała ich kolejka pojazdów, która przez następne, bite dwie godziny nie posunęła się ani o metr dalej! Trudno - mogli popchać motocykle pieszo i byliby ciut bliżej szlabanu, lecz niestety, porządek na przejściu być musi niezależnie czy jedziesz motocyklem, autem osobowym czy tirem!

Dzień drugi, poniedziałek 23.07.2012
Przymusowy postój na granicy łotewsko-rosyjskiej trwał ponad 5 godzin do 3:30 nad ranem, kiedy wreszcie przepchali maszyny do Rosji! Marzenie o hotelu i prysznicu rozwiały się niczym sen, więc po wizycie w kantorze zainstalowanym w Toyocie Yaris i kilku kawach pojechali dalej... na Moskwę. Jechali zmęczeni na wschód, czyli pod słońce i nie ujechali daleko bez wypoczynku. Jego potrzeba zrealizowana została na parkingu Statoil, gdzie wyciągnęli się pod chmurką na dmuchanych materacach. A to jeszcze europejska, cywilizowana część trasy i co będzie dalej? Dalej było to samo, co na Litwie z nieszczęsnym termostatem w Tenerze, który został tym razem definitywnie zniszczony po kolejnym zagotowaniu płynu w chłodnicy. Mirek też się 'gotował' z powodu choroby i towarzyszącej gorączki wywiezionych z Polski. Tym razem poszli do motelu, bagatela 200 rubli za dwie osoby i dodatkowa setka za motocykle na parkingu. Mogli wziąć je ze sobą do pokoju na przystawkę i byłoby taniej, ale 'polskije pany' mają swój honor! Na bieżącą chwilę przejechali 1470 km i przekazują wszystkim kolegom serdeczne pozdrowienia przepijając zimnym piwem Bałtyckim.

Tymczasem w Lubaszu trwają ostatnie przygotowania drugiego zespołu ekipy, który pojedzie śladami motocyklistów specjalnie przystosowanym samochodem Ural 4320 zamienionym w potężnego kampera. Nie będziemy się rozpisywać na temat zalet tego potwora, którego dane można znaleźć w Internecie, ale jedno jest pewne - auto robi duże wrażenie wielkością i wyposażeniem!



Dziś trwały prace przy uzupełnianiu tapicerki i montowaniu pozostałych, drobniejszych elementów wyposażenia oraz przygotowywano całość pod ostateczne malowanie. Samochód jest, co prawda pokryty oryginalnym wojskowym kamuflażem, lecz dla sznytu brakuje mu finalnej powłoki w słusznym, piaskowym kolorze i zdobień w postaci grafiki przedstawiającej renifera, jakie zostaną naniesione na boki pojazdu zgodnie z charakterem wyprawy.



Dość powiedzieć, że trzyosiowa maszyna jest wielka i posiada wewnątrz fotele do siedzenia wymieniane w razie potrzeby na 4 wygodne miejsca do spania. Jest tam malutka kabina łazienkowa z toaletą i prysznicem, mini aneks kuchenny wyposażony w płytę gazową i zlewozmywak wraz z pełną zastawą stołową do posiłków, agregat prądotwórczy, przetwornica 24/220V, zbiorniki na wodę w tym podgrzewaną ciepłem słonecznym, wyciągarka 18 tonowa, dźwig do ładowania dachu gdzie umieszczono dwa zapasowe koła o wadze ok. 200 kg każde i zapas oleju napędowego. Przewidziano także system ogrzewania kabiny za pomocą urządzenia Webasto.



Są pompy do zasilania pokładowych zbiorników wody oraz pompy do opróżniania rezerwuarów płynnych nieczystości pochodzących z toalety i kuchni. Na bokach pojazdu rozlokowano zamykane wnęki na zewnętrzne doprowadzenia wodne i elektryczne, jest mechanicznie rozkładana i podświetlana markiza tj. daszek niezbędny podczas towarzyskich pogawędek. Wnętrze może pomieścić i zaspokoić potrzeby czterech pasażerów mieszcząc rzeczy osobiste, w tym cenniejsze przechowywane w bezpiecznym sejfie oraz sprzęt do wędkowania razem z dużym pontonem wyposażonym w spalinowy silnik zaburtowy.



Poza niezbędnymi częściami zamiennymi i narzędziami Romek pomyślał o skompletowaniu takich rzeczy jak siekiery, kilof i łopaty, a nawet o drobiazgach w postaci map, przewodników, kompasów oraz... moskitier! Nie zapomniał również o osobistych środkach łączności.



Żywność będzie przechowywana w pokładowej chłodziarce na gaz lub prąd, a trwalsza w szafkach bogato rozmieszczonych we wnętrzu. Niemniej, nie zabierają ze sobą zbyt dużych zapasów gdyż wszystko, czego potrzeba można kupić na trasie. Dlatego poza żelazną porcją, cała reszta prowiantu będzie uzupełniana na bieżąco.

Z załogi dojedzie za kilkanaście godzin Aleksiej i start zaplanowany na środek tygodnia stanie się faktem! Magda, żona Romana pomaga w przygotowaniach kontrolując ostatnie zakupy, w tym również internetowe i dziś dała Romkowi prezent w postaci kolejnego przewodnika po Rosji i Syberii. Jest raczej tolerancyjna mając w perspektywie mężowski wyjazd (nie ostatni) na wyprawę życia, choć widać po niej konstruktywną troskę i odrobinę romantycznego niepokoju. W końcu to pierwsza tak poważna podróż dobrych kompanów i przyjaciół, gdzie uczestnicy będą zdani wśród pustkowi tylko i wyłącznie na samych siebie!

Dzień trzeci, wtorek 24.07.2012
Dziś dla motocyklistów kierunek Moskwa!
Wystartowali o 5:45 i dotarli do stolicy Federacji omijając centrum tzw. małą obwodnicą liczącą po pięć pasów w każdą stronę. Niby po pięciolinii pełnej pojazdów przejechali odcinek 46 km w 3 godziny z prędkością oscylującą między 25 - 50 km/h. Szczęśliwie ominęli metropolię i po przejechaniu 1000 km wylądowali gdzieś (z mapy wynika, że to Niżnij Nowgorod) na nocleg w akademiku za 300 rubli około 300 km przed Kazaniem. Po przejechaniu od startu 2500 km. motocykle stoją bezpieczne na strzeżonym parkingu, a towarzystwo już śpi! Na razie prócz dziennych relacji otrzymywanych poprzez SMS nie mamy żadnych innych przekazów, jak np. fotografii...

Dzień czwarty, środa 25.07.2012
Najpierw o motocyklistach, którzy o 6:00 rano podjęli dalszą podróż do Kazania. To tylko 300 km, ale dostali od Zbyszka Galusa namiary na tamtejszy serwis Yamahy w sprawie nieszczęsnego termostatu w Tenerze. Usterka cały czas daje o sobie znać na tyle poważnie, że zwiększone ciśnienie płynu po doraźnej 'naprawie' w trasie spowodowało wyciek poza układ chłodzenia. Podczas podróży mieli okazję zobaczyć, jak wyglądają prawdziwe rafinerie, których wielkość zdaniem Mirka jest porażająca! Niestety spadł deszcz i jazda po mokrym asfalcie, wśród głębokich kolein przypominała sambę tańczoną na parkiecie. Przeżyli prawdziwe piekło tracąc chwilami z oczu siebie nawzajem przy maksymalnej prędkości 80 km/h!

Mniej więcej po 150 km wjechali z jednopasmówki na drogę w stylu naszej 'gierkówki' z tą różnicą, że rosyjska była jakby w budowie. W temperaturze 30 stopni przeciskali się pomiędzy kopcącymi Kamazami i różnymi wersjami Urali, jakim pojedzie za chwilę Romek. Skrajnię drogi stanowiły rowy, pobocza i jakieś mijanki, lecz dali sobie radę dzięki nawigacji wbudowanej do Nokii, która ani razu nie wyprowadziła chłopaków w pole, ani oni jej!

Tuż przed Kazaniem zrobili sobie przerwę na przedpołudniową kawę i mając do celu zaledwie 50 km jechali podziwiając piękne krajobrazy dorzecza Wołgi. Samo miasto liczące grubo ponad 1 milion mieszkańców robi wrażenie nowoczesnej metropolii i według oceny Mirka mogłoby zdobić okolice podobnego miasta np. w Niemczech nad Menem. Za Kazaniem zaczęła się monotonia bezkresnej autostrady biegnącej wśród zielonych wzgórz, a jej nitka to pojawiała się w dali cieniutkim zarysem, już to znikała między odległymi pofałdowaniami. Niezwykłe widoki stanowiły dobrą rekompensatę za trud jazdy w szarym deszczu...

Dalszą drogę przegrodziła rzeka Kama, którą pokonali drogą biegnącą po koronie tamy i wjechali do miasta Nabiereżnyje Czełny. Miasto znane jest przede wszystkim z produkcji samochodów Kamaz nazwanych tak od rzeki Kamy w zakładach, które mijali po drodze. Wyjeżdżające z fabryki ciężarówki, które dopiero co opuściły linie produkcyjne niosły ze sobą ten specyficzny zapach nowości mieszający się ze świeżym zapachem okolicznych pól. To jest właśnie fenomen podróży motocyklem, gdy możemy w szerszej perspektywie chłonąć obrazy mijanych miejsc i jednocześnie poznawać ich zapachy tworząc zupełnie inną rzeczywistość podróży, niż jadąc zamkniętym autem. Koniec bieżącego odcinka nastąpił w jakimś motelu przy drodze M7 po przejechaniu 650 km, co w sumie daje dystans 3150 km od początku podróży. Niestety, obaj motocykliści musieli pozbyć się po 2000 rubli tytułem zapłaconych czterech mandatów, więc ich wspólna kasa została umniejszona o całe 4000 rubelków!

Tymczasem w Lubaszu trwały dziś ostatnie czynności przy kamperze Ural, w tym kontrola ustawienia świateł po montażu dodatkowego wyposażenia. Dzisiaj miał dotrzeć Aleksiej, a start do wyprawy Romek potwierdził na jutrzejsze południe.

Dzień piąty, czwartek 26.07.2012
Motocykle wyjechały o 9:00 rano czasu miejscowego (w Polsce 5:00) w kierunku na Czelabińsk. Mirek z Jurkiem nie przykładają już tyle uwagi do dystansu zatrzymując się zaledwie po 230 km na coś, co nazywają 'piknikiem śniadaniowym' z kawą i rosołkami w menu. Tym razem rzecz miała się tuż za miejscowością Ufa, a posiłek wzmocnił przed pokonaniem Uralu majaczącemu kompleksem wzniesień na horyzoncie odległym ok. 70 km. Wreszcie nastąpiła sześciogodzinna przeprawa przez góry i piekło odcinka liczącego sobie kolejne 230 km dla odmiany w nieprzerwanym sznurze pojazdów jadących w tą i tamtą stronę. Nikt nikogo nie wyprzedzał, zresztą nie było jak, bo poprzedzający nie zjeżdżali dla ułatwienia nawet o centymetr. W dodatku przeszkadzała wszechobecna policja, a poznali już ile kosztuje bezpośredni kontakt z jej funkcjonariuszami. Zyskali nieco, wykorzystując ślimacze tempo kilku bardziej stromych podjazdów i kiedy kawalkada zwalniała do 5-10 km/h parli naprzód poboczami. Nie było to zbyt rozsądne, bo tam dziury i brak jakichkolwiek zabezpieczeń przed stoczeniem, ale dali radę wyprzedzając naraz, bywało 20-50 kolosów!.

Po tej udręce w smrodzie palonych okładzin sprzęgieł i hamulców, w temperaturze 30 stopni, spalinach oraz tumanach kurzu mieli twarze pod otwartmi kaskami niczym górnicy schodzący ze ściany! Do przejechania Uralu zabrakło kilku kilometrów, jednak rozważnie zatrzymali się na nocleg nie kusząc zbytnio losu i oszczędzając siły na Azję, która właśnie przywitała ich 100 kilometrów przed Czelabińskiem.

Tymczasem gdzieś w Polsce, z kilkugodzinnym opóźnieniem wobec planów ruszył wreszcie Ural 4320. Załoga jest w dobrych humorach, co potwierdzili Romek z Jarkiem przekrzykując przez telefon hałas kampera pędzącego ile sił w kierunku naszej wschodniej granicy.
Tu poczytasz o górach Ural za www.wikipedia.pl

Góry Ural (Foto archiwum)

Dzień szósty, piątek 27.07.2012
Wczorajszy dzień zakończył się odśpiewaniem biesiadnych klimatów pod tytułem 'Góralu, czy ci nie żal' na ostatnie wspomnienie po zaliczonym Uralu i tylko piątkowy ranek bólem gardeł przypomniał, że było jeszcze coś zrobienia prócz toalety i posiłku - przejechać trasę! Na szczęście Mirek pozbył się francowatej grypy, którą nabył przed wyprawą jeszcze w Holandii i wreszcie z bólem głowy ubyło coś, co demobilizuje każdego, a tym bardziej podróżnika z azymutem obranym na Bajkał. Lecz nie ma nic za darmo i oto po 200 km nie wytrzymały w Kawasaki wsporniki kufrów i jeden z nich zapoznał się najpierw z szosą, potem zaliczając pobocze wylądował w polu. Kiedy zbierali rozsypane fanty Jurek dokładnie przejrzał swoją Yamahę i wykrył popękane gmole. Nie mając wyboru prowizorycznie naprawili uszkodzenia i zabezpieczyli przed kolejną niespodzianką i ruszyli dalej odkładając na później znalezienie spawacza. Zlokalizowali także przyczynę ambarasu w postaci kilku kraterów w nowiutkim asfalcie, które bezpośrednio spowodowały takie problemy. Jednak, co przyznał Mirek, gdyby jechali przepisową setką, być może te wszystkie stelaże nie poniosłyby szwanku, ale polska fantazja nieokiełznana nawet surowym biczem ruskich mandatów nie dała za wygraną! Tak, czy siak może to i dobrze się stało kiedy usterki wyszły na jaw w cywilizowanym miejscu, a nie np. w środku tajgi.

Z braku kazachstańskich wiz, które nawet na bezkresnych stepach są niezbędne musieli jechać drogą w pobliżu granicy kraju obserwując liczne stada dzikich koni. Chłopacy nie narzekali jak dotychczas na relacje z miejscowymi, a wręcz przeciwnie podkreślali duże zainteresowanie napotykanych Rosjan swoją obecnością i celem wyprawy. Tubylcy zawsze serdecznie życzyli powodzenia, które chyba będzie potrzebne, bo zdaniem Mirka drogi stają się coraz gorsze. Po całym dniu i przebyciu siedmiusetkilometrowego odcinka mają za sobą wszystkiego 4260 km nawiniętego asfaltu (no, powiedzmy 'asfaltu'). To nieco mniej, niż połowa dystansu dzielącego motocyklistów od Irkucka...

Tego samego dnia załoga Urala minęła w samo południe Mariampol na Litwie i gna dalej na wschód. Meldunki z kampera są oszczędne, choć niezwykle rzeczowe w skąpej treści przekazywanej za pomocą SMS.

Dzień siódmy, sobota 28.07.2012
Dla obu ekip rozpoczął się kolejny, wspólny dzień wyprawy pomijając znaczny dystans dzielący je jeszcze od siebie. Hotel motocyklistów stał gdzieś w tej Azji na jakimś zakręcie i nie znamy dokładnie jego lokalizacji. Nie jest to tak bardzo istotne, jak fakt namacalnej różnicy pomiędzy stanem drogi dojazdowej, jak jej kondycją zaraz za wyjazdem z hotelu. Porównanie cywilizacyjne Europa versus Azja jest jedynie mglistą alegorią udręki jazdy taką 'drogą', wobec której stan najgorszych miejsc na pilskim poligonie przy Wawelskiej to gładki stół. Przez rozsypany tłuczeń o wielkości materiału skalnego rzędu 5-7 cm oraz odcinki rozsypującego się asfaltu jechali niemal godzinę, a dokładnie 45 minut pokonując zaledwie 18 km tej 'autostrady' do piekła!

Podczas kolejnego tankowania z lokalnej telewizji padły pierwsze informacje o pożarach trawiących duże połacie leśne Syberii. Kiedy słuchali komunikatu siedząc wygodnie przy kawie, nie bardzo zdawali sobie sprawę, jak bardzo wpłynie to na jakość jazdy. Umiarkowana, w miarę normalna temperatura ok. 28 stopni była zapowiedzią wygodniejszej jazdy niż w poprzednim dniu, kiedy sięgała 36 stopni. Lecz mgiełka dymu pochłonęła ich już niebawem ograniczając widoczność do 400 metrów i w takich warunkach zdołali pokonać jedynie 220 km kiedy umęczeni dotarli do hotelu. Znaleźli się tym samym w kolejnej strefie czasowej, która dodaje do naszego warszawskiego już nie dwie, nie cztery ale całe pięć godzin - to strefa +5h i tam dopiero diabeł zaczyna mówić dobranoc! Dym otaczający okolice hotelu gęstniał, telewizja potwierdzała rozprzestrzeniające się nowe pożary, a pogodynka zapowiadała na kolejny dzień temperaturę na poziomie 30 stopni w odległym o 450 km Nowosybirsku. Jest dobrze, a przynajmniej nie jest źle. Jeszcze...

Tymczasem załoga kampera jest już w Rosji po przejechaniu 1200 km, co zajęło im całe 42 godziny. Wynika z tego średnia prędkość przelotowa Urala oscylująca w okolicy 30 km/h. To i tak dobry wynik biorąc pod uwagę czas oczekiwania na granicy oraz nieporównywalnie mniejszą od motocykli prędkość własną pojazdu, która dla tej konstrukcji wynosi maksymalnie ok. 85 km/h. Tak czy siak chłopcy gonią, a obie ekipy mają ze sobą kontakt.

Dzień ósmy, niedziela 29.07.2012
Bieżący dzień i widoki mijanych miejsc całkowicie odmieniły pierwsze wrażenia azjatyckiej części kraju. Użyte wcześniej określenie o diable mówiącym tu dobranoc nijak ma się do rzeczywistości. Drogi są równe i bez żadnych niespodzianek, a pobocza wykoszone do 10 m w głąb. Mijane miasta są jakby znajome w masie blokowisk, zdecydowanie mniej kolorowych niż nasze z licznymi instalacjami klimatyzacyjnymi na elewacjach. Okolice podmiejskie większych skupisk przypominają takie osiedla, jak pilskie Dolaszewo więc chłopcy poczuli się swojsko i naturalnie.

Dodatkowym atutem pokonywanej drogi była bez wątpienia duża ilość barów i moteli z jakością obsługi przewyższającą poprzednie rosyjskie odcinki. Tutaj prawie nie widać, czy opisując bardziej obrazowo nie czuje się kopcących ciężarówek i nie dziwota zważywszy, że napotykany tabor stanowią niemal same takie marki jak Mercedes, Scania czy Man lub wielkie amerykańskie trucki. W Nowosybirsku, bo tam dzisiaj dotarli, nie widać spektakularnych pozostałości ZSRR - po ulicach jeżdżą zachodnie auta często z kierownicą po prawej stronie. Przy szerokich ulicach, jak w Europie duże salony i ładne, modnie ubrane kobiety niczym polskie dziewczyny z tą różnicą, że umówiona randka z taką syberyjską ślicznotką jest czasowo i geograficznie kłopotliwa. Przejazd przez Nowosybirsk zajął około 1,5 godziny bez żadnego tam stania w korkach, gdyż miasto ma dobrze rozwiązany i drożny system komunikacyjny. Jego zabudowa trochę przypomina nasze Trójmiasto z rzeką tu i zatoką tam. Choć ta zatoka byłaby w stanie, zdaniem Mirka pomieścić kilka razy Zalew Soliński, a sama tama poprowadzona w poprzek rosyjskiej rzeki ma dobre trzy kilometry długości.

Podczas jednego z postojów nawiązali przy kawie znajomość z miescowymi bikerami z Tomska. Pomimo kilku przerw i nieplanowanych prac przy naprawianiu (spawaniu) uszkodzonych gmoli oraz wsporników przejechali tego dnia 650 km w ciągu 12 godzin. Do Irkucka mają już 'tylko' 1800 km i dają sobie znakomicie radę, a niniejsze relacje oparte są w całości na materiale wklepywanym pracowiecie przez Mirka po każdym dniu podróży. Dzięki chłopaki i działajcie tak dalej - Bajkał czeka tylko na Was!

Załoga kampera w południe potwierdziła przejechanie kolejnego odcinka. Oczekiwanie na granicy łotewsko-rosyjskiej trwało 16 godzin, a potem wyczerpani czuwaniem zrobili nocleg gdzieś nad jeziorem. Po obudzeniu kupili (też gdzieś tam) ziemniaki od 'dziadka' i przyrządzili pierwszy rosyjski obiad. Skoro zatrzymali się w pobliżu jeziora, to nie od rzeczy było sprawdzenie pontonu stanowiącego wyposażenie kampera i podobno próba przebiegła pomyślnie. Równie dobrze pracuje auto, które dopiero teraz jest testowane w warunkach rzeczywistych i jedyną rzeczą, spędzającą załodze sen z powiek są... olbrzymie, końskie muchy i wielkie komary. Miejsce postoju znajduje się ok. 100 km przed Moskwą, jest piękna pogoda i jadą dalej!

Dzień dziewiąty, poniedziałek 30.07.2012
W połowie dnia od motocyklistów nadeszła informacja z potwierdzeniem pozostałego dystansu, który skurczył się do 1360 km od Irkucka. Lecz nie jest to podsumowanie całego odcinka, bo na zakończenie dnia otrzymaliśmy kolejne, obszerne sprawozdanie. Wyjechali na trasę nieco później, jak zwykle o 8:00 rano po obowiązkowym śniadaniu i kawie na drogę. Wiedzieli już, że tego dnia zostanie im skradziona kolejna godzina w nowej strefie czasowej. Do wieczora nakręcili 800 km i wylądowali o 17:15 w hotelu w upalnym Krasnojarsku, co jednak nie dokuczało ze wzgledu na wszechobecną klimatyzację pozwalającą zapomnieć o tych 34 stopniach na zewnątrz. Dopełnili rytuału odwiedzin hotelowej restauracji i przy zimnym piwku spotkali motocyklistę z Hannoweru, który właśnie wracał z nad Bajkału. Gadka-szmatka w mieszanym narzeczu niemiecko-rosyjskim wyzwoliła taki impuls energii, że postanowili po 40 minutach ruszyć dalej wbrew przestrogom Niemca o problemach ze znalezieniem noclegu w motelu. Jedyne zagrożenie widzieli w grasujących niedźwiedziach, których wypchane truchła można było zobaczyć oraz nabyć tu i ówdzie na parkingach w drodze do Krasnojarska.

Jak pomyśleli, tak zrobili choć jadąc uważnie rozglądali się z obawy przed rozpowszechnionym mitem o strasznej i nieznanej Syberii. Dobra decyzja pozwoliła im nawinąć kolejne 230 km przyjemnie przejechane przez trzy godziny wśród pól i lasów, których zapachami mogli sycić się do woli. Przez 30 km towarzyszyła im nawet syberyjska burza! Na nocleg i popas stanęli w Kansku, gdzie przyjął ich gościnny hotel o standardzie, niczym nasz 'Gołębiewski Inn'. W sumie przez cały dzień przejechali 1030 km w czasie 13 godzin i 30 minut zaliczając w trakcie trzy tankowania, dwie kawy i jeden obiad. Na noclegi starają się docierać około godz. 19:00 gdyż wszystkie wolne pokoje bywają później 'nagle' zajęte, a czymś najgorszym, co mogło ich po nocy spotkać byłaby prycza w akademiku. W relacji potwierdzili, że na osławionych, 'strasznych' syberyjskich drogach można bez problemu bujać się z prędkością 140-160 km/h. Nic nie wspomnieli o policji i mandatach, więc może tam jest taki właśnie raj dla amatorów dużych prędkości? Do celu pozostało 'zaledwie' 800 km i znaleźli się w strefie +6 godzin. Ostatnie kwadranse przed snem spędzili w pozycji poziomej oglądając kolejny raz... polski film Seksmisja w rosyjskiej TV gdzieś głęboko na Syberii.

Brak bieżących informacji o kamperze.

Dzień dziesiąty, wtorek 31.07.2012
Przesłaliśmy informację o rosyjskim motocykliście Aleksandrze Chlebnikowie z Irkucka, który obserwuje zmagania naszych podróżników i z wielką radościa powita ich w swoim mieście. Kontakt otrzymaliśmy od Lecha Cabańskiego z Chodzieży zainteresowanego także poczynaniami chłopaków. Miejmy nadzieję, że udało się Jurkowi i Mirkowi dotrzeć do dzisiejszego celu czyli do Irkucka, gdzie kierują nas teoretyczne obliczenia przejechanej trasy. Na razie możemy jedynie spekulować, gdyż nie mamy żadnych bieżących informacji od motocyklistów, ani od załogi Urala!

Jest!!! Jest nowy SMS od Mirka! Dopiero następnego dnia przyszły wiadomości o wtorkowym przebiegu wyprawy. Cóż, to zupełnie inna, odległa strefa geograficzna i czasowa, więc nasza niecierpliwość została wystawiona na ciężką próbę.

Wystartowali o godz. 8:00 czasu lokalnego i po 100 km znów problem z Yamahą, w której spadł łańcuch ostatnio kontrolowany, regularnie smarowany oraz naciągnięty 1800 km wcześniej! Z powodu braku klucza 22 wolniutko podjechali do najbliższej wsi, gdzie pod sklepem na ławce siedziało trzech gości, niczym w naszych Wilkowyjach. Skombinowali narzędzie, pomogli i to wszystko z dobrego serca zrobili, nie biorąc nic za przysługę! Pierwsze kilometry za wsią na przemian asfalt, szuter i błoto - wszystko w kurzu i temperaturze sięgającej 36 stopni przez 300 km, a od startu te 100 km do awarii więcej. Jazda po szutrze odbywała się z maksymalna prędkością 60 km/h i Mirek ze względu na mały skok zawieszenia Kawasaki jechał na stojąco. Po kolejnych 200 km, ten dopiero co naciągnięty i wysmarowany łańcuch w Tenerze zwisał ponownie przypominając ciąg zetek. No nic, trzeba było go ponownie naciągać, lecz 'potwierdzony' przebieg Yamahy wynoszący 16.000 km przestał być już taki pewny. Na dokładkę nowiutki kask Jurka przestał się zamykać, więc na schodach jakiegoś sklepu został rozebrany i naprawiony. Walka z upartą materią trwała 2 godziny i oczywistym jest, że nie pokonali w tym czasie ani kilometra drogi.

No, dobra jest - opanowali problemy i znów powrócili w kurzawę na szuter, ale spokojna jazda nie trwała zbyt długo. Tym razem zaczęło się od słyszalnej zmiany pracy silnika Mirkowego Kawasaki, którego kierowca myślał by jak najprędzej wyrwać się z tego piekła, gdzie każdy postój w upale i kurzu doprowadzał do skrajnych nastrojów.
Więc co? Gaz i dzida do przodu na asfalt! Nagle ryk silnika potwierdził, że zabrakło prawego wydechu przypiętego prowizorycznie pasem jakieś 3000 km wcześniej. Radość odkrycia banalnej przyczyny uszła niczym sen, kiedy nieszczęsny element odpadł i znalazł się na kursie ciężarówki jakieś 100 metrów niżej. Ten widok zdjął Mirkowi nie mniej, jak 30 lat życia z karku (tylko na ten moment) kiedy pędził na ratunek. Zdążył w ostatniej chwili zrzucając rozpalony do 400 stopni (oryg. zapis autora) wydech do rowu i powrócił z poparzonymi paluchami na górę do motocykla, bo z kolei ten był zagrożony przez pędzące auta. Wydech stygł dobre pół godziny i nie pomogło wspólne z Jurkiem wpatrywanie się w zmęczony metal. Wreszcie po przypomnieniu wszelkich praw z kursu przewozu rzeczy i zabezpieczania ładunku w 10 minut zestawili wszystkie ruchome części w jedną całość i ruszyli dalej, żeby bieżący odcinek zakończyć w motelu 'Bajkał' około 160 km od Irkucka.

Dzień podróży podsumowali po 12 godzinach jazdy w siodle i przejechaniu 660 km, co razem od początku wyjazdu z Polski zamknęło się dystansem 7300 km. Ciekawy jest bilans czasowy podróży trwającej już w sumie 10 dni, z czego zmiana czasu zabrała podróżnikom 7 godzin. Samą, czystą jazdę o 8 godzin skróciły też wszystkie awarie i naprawy motocykli.

Przekazali serdeczne pozdrowienia wszystkim czytającym relację, przepraszając jednocześnie za wcześniejszą lukę w oczekiwanych wiadomościach spowodowaną brakiem zasięgu sieci telefonicznej w motelu położonym w dolinie. Szczęśliwie nawiązali kontakt z Aleksandrem Chlebnikowem w Irkucku.

Pomimo rozmowy i prośby o najkrótszą choćby wiadomość nie mamy żadnego materiału z kampera prócz potwierdzenia, że ludzie i maszyna są w dobrej formie i jadą nieprzerwanie do celu.

Dzień jedenasty, środa 1.08.2012
Irkuck rankiem został zdobyty przez motocyklistów! Słodycz sukcesu gasi nieco kolejna awaria napędu Yamahy, w której dosłownie 2 km od miasta spadł łańcuch. Tym razem nie wyglądało to dobrze, bo spadając zablokował koło i zabrakło przysłowiowego włosa, żeby Jurek został rozjechany przez ciężarówę. Całe szczęście, że zadziałał irkucki kontakt do Saszy Chlebnikowa i oba motocykle powędrowały do serwisu Yamahy dla usunięcia usterek, wymiany łańcuchów i olejów. Wieczorem, już oporządzone stały zamknięte w garażu, jak ludzie - nie zwierzęta :-)

Chłopacy są zachwyceni nowym znajomym, który okazał się niezwykle serdecznym i gościnnym gospodarzem. Poświęcił cały bieżący dzień i tak samo stanie się jutro, by Jurek z Mirkiem mogli odpocząć i poznać jeden z celów swojej podróży w tak wspaniałym towarzystwie. Sasza zabrał ich na przejażdżkę Hummerem po mieście, a potem nad Bajkał gdzie dopełnili tradycyjnego rytuału pijąc wodę wprost z jeziora. Rosjanin planuje w tym roku wyjazd na wczasy do Czarnogóry i koniecznie chciałby odwiedzić Piłę, co da okazję do zrewanżowania się za gościnę. Niniejszym wpisem motocykliści dziękują Lechowi Cabańskiemu za nieocenioną przysługę w pozyskaniu tak wspaniałego człowieka i przyjaciela.

Losy załogi kampera w dniu dzisiejszym nadal nieznane...

Dzień dwunasty, czwartek 2.08.2012
Hm... Czy można normalnymi słowami opisać nastrój pogłębiającej się przyjaźni polsko-rosyjskiej w wykonaniu Saszy i naszych motocyklistów? Dodajmy jednoznacznie, że chodzi o męską przyjaźń pieczętowaną niejednym toastem za waszą i naszą wolność! I tu zapada kurtyna...

A teraz do rzeczy po tym iście hamletowskim wstępie. Drugi dzień pobytu w Irkucku Sasza poświęcił całkowicie nowym przyjaciołom i pokazał, że miasto jest nowoczesną metropolią o europejskim wymiarze gdzieś tam, w dalekiej Azji. W jakiś sposób pobyt Jurka i Mirka wplótł się w 54 urodziny gospodarza, które świętować zamierzał razem z dwójką nowych przyjaciół. Wiara, że to nie przypadek jest jedynym słusznym wyjaśnieniem splotu różnych wydarzeń, których finałem stało się spotkanie tej trójki tysiące kilometrów od Polski.

Wieczór miał być kluczowy dla kolejnych planów, a dokładnie wyjazdu do Wierszyny, polskiej wsi zagubionej w syberyjskim bezkresie. Jeśli przeżyliby urodzinową fetę z morzem alkoholu wylanego dla spełnienia tych wszystkich toastów, to polscy mieszkańcy wsi z pewnością dokończą dzieła, bo czego jak czego ale Słowianom zawsze zbywało na gościnności. Tak więc jutro w planach wyjazd do Wierszyny, a dzisiaj Bóg jeden wie, co się w Irkucku działo!

Kamper znalazł się rankiem około 1800 km od Wierszyny i podajemy tą informację na odpowiedzialność jej anonimowego autora z załogi wozu. Po śniadaniu i zakupach nasza czwórka podjęła jazdę w kierunku Irkucka. Około południa dotarła kolejna informacja, że dystans skurczył się do 1500 km, a więc tempo było niezłe! Jeśli gdzieś wyżej w niniejszym materiale staraliśmy się ocenić wzajemne położenie obu ekip, tak w konkluzji można zaryzykować duże prawdopodobieństwo spotkania obu zespołów właśnie w Wierszynie, a nie jak wcześniej suponowano na kampingu w Bolszoje Gołoustnoje.

Dzień trzynasty, piątek 3.08.2012
Jednoślady od rana stały zapakowane, kiedy jeźdźcy spokojnie dogryzali śniadanie pijąc aromatyczną kawę przed kolejnym etapem Syberiady. Jak wynika z treści przekazu, poniechano tymczasem wyjazdu do Wierszyny na rzecz spokojnego miejsca, gdzieś nad Bajkałem.

Około dwudziestu kilometrów za Irkuckiem droga z asfaltu poprowadziła na południe kamiennym szlakiem o nawierzchni z luźnych otoczaków. Nie było łatwo pokonać 100 km takiego poligonu, ale przecież do odważnych świat należy! Rekompensatą za trudy odcinka były przepiękne widoki surowej krainy, gdzie potoki wśród dziewiczych lasów przeplatały się z rzekami w tle mając góry porośnięte majestatycznymi drzewami. Cudowna przyroda, której walory mogli poznawać każdym zmysłem zdani tylko na siebie i maszyny. Zmiana azymutu na wschodni nastąpiła po przejechaniu 120 km od wczorajszego miejsca postoju i kiedy na budzikach wyskoczyło kolejne czterdzieści kilometrów przejechanej drogi znaleźli się wreszcie nad Bajkałem w Bolszoje Gołoustnoje!

Upatrzony w Internecie hotel okazał się szopą z dechami na oknach, bez śladu człowieka i zerowym kontaktem telefonicznym do gospodarza tego obiektu. Tu nastąpił w relacji mało zrozumiały przeskok czasoprzestrzenny, w którego następstwie przedstawiono czytelnikom administratorkę (tego samego, a może zupełnie innego?) gościnnego domu w osobie miłej Buriatki liczącej sobie od stóp do głowy nie więcej, jak 140 cm. Osóbka zagadnięta w urzędowym rosyjskim odpowiedziała po... angielsku i należy się tylko domyślać jakości języka, jakim władali motocykliści, a właściwie Mirek. On to bowiem każdą mniej absorbującą chwilę jazdy przeznaczał na repertorium z rosyjskiego dziękując Bogu, że podczas zajęć z tego języka w zamierzchłych czasach szkoły zamieniał się w kujona zamiast, jak inni wybijać szyby w klasie. Koniec końców po nieudanym werbalnym wstępie dalszy dialog potoczył się gładko gdyż, jak stwierdził Mirek wiedza nabyta żmudnym wysiłkiem wydała całkiem dorodne owoce. To całkiem usprawiedliwiona dygresja wobec czytelników oczarowanych cywilizacją zachodu, by jednak nie rezygnowali z poszerzania horyzontów poznania sąsiadów zza wschodniej granicy.

Koniec końców i zgodnie z planami znaleźli się wreszcie w najdalej na wschód wysuniętym celu podróży, kojąc ślady trudów i przeciwieństw losu w hotelu położonym niecałe 800 metrów od krystalicznie czystych wód największego z jezior w tej okolicy. Podziwiając Bajkał z okien podjęli decyzję, by w tym miejscu regenerować siły i oddawać się wszelkim swawolom do najbliższego poniedziałku 6.08.2012.

Z wyrozumiałością, a zarazem pokorą przyjęliśmy kolejny dzień subtelnej ciszy ze strony załogi kampera. Jak to mówią starzy Czukczowie zamieszkujący północno-wschodnie obszary Syberii - nie ten jest rybą, kto milczy (albo jakoś tak)! Poza tym, dziś jest piątek, a w dodatku trzynastego więc lepiej nie kusić złego domysłami ufając, że lada chwila dadzą o sobie znać. Tymczasem w oczekiwaniu kolejnych wiadomości zapraszamy do lektury opisującej jezioro.

Bajkał z lotu ptaka (Foto archiwum)

Bajkał z pewnością jest jednym z najciekawszym miejsc na kuli ziemskiej. To nie tylko najgłębsze (1637 m) jezioro na świecie ale także największy zbiornik wody pitnej zawierający ok. 22% jej światowych zasobów oraz najgłębsza kryptodepresja. W całości należy do Federacji Rosyjskiej i administracyjnie podporządkowany jej dwom podmiotom - Irkuckiej Obłasti oraz Republice Buriackiej.

Długość samego jeziora wynosi około 636 km, zaś szerokość waha się 25 - 80 km z linią brzegową o długości 2100 km. Na ogólnej powierzchni 31,5 tys. km kwadr. odpowiadającej obszarowi Belgii znajdują się 22 wyspy, z których największa Olchon zajmuje niecałe 750 km kwadr. Objętość jeziora sięga 23 tys. km sześc. sprawiając, że Bajkał ustępuje pod tym względem wyłącznie Morzu Kaspijskiemu.

Jezioro otoczone jest z każdej strony przez góry. Od strony zachodniej są to Góry Bajkalskie sięgające wysokości 2572 m, od wschodu Góry Barguzińskie dochodzące do 3000 m, zaś od południa i południowego-wschodu Bajkał otacza pasmo Hamar Daban. Ze wszystkich gór spływają wody 336 rzek i potoków. Największymi rzekami są Selenga, Górna Angara i Barguzin. Co ciekawe, z Bajkału wypływa tylko jedna rzeka Angara o długości 1840 km, będąca dopływem Jeniseju.

Położeniu wokół gór i dużej głębokości Bajkał zawdzięcza bardzo niskie temperatury wody. Pomimo, iż w letnie miesiące są w tej części Syberii bardzo ciepłe to na powierzchni jeziora temperatura sięga zaledwie 8-9 stopni Celsjusza, przy brzegu podnosi się średnio do 15 stopni, a w niektórych zatokach jest jeszcze wyższa. Średnia temperatura wody na większych głębokościach sięga 4 stopni. Od jesieni do wiosny powierzchnia jest zamarznięta, a tafla jeziora przekształca się w trasę dla samochodów, które znakomicie skracają sobie drogę. Jako ciekawostkę można dodać, że dzięki przezroczystości wody, dno można dojrzeć nawet na głębokości 40 metrów!

Bajkał położony jest na obszarze sejsmicznie aktywnym, co powoduje powstawanie częstych trzęsień ziemi. Jednak większość z nich jest nieodczuwalna, a najsilniejsze wstrząsy osiągają zaledwie 1-2 stopnie w skali Richtera. Na Bajkale występują także sztormy ze szczególnym nasileniem wiosną i jesienią, zaś latem z największym ruchem turystycznym powierzchnia jeziora jest z reguły bardzo spokojna.

Dzień czternasty, sobota 4.08.2012
Dwójka motocyklistów odpoczywa ciesząc oczy widokiem gór, a ciało chłodząc przyjemnie krystaliczną wodą Bajkału o temperaturze podanej z niezwykłą dokładnością 18,2 stopnia Celsjusza! Jak oni to zmierzyli, czyżby mieli tam termometr na ogólnodostępnym kąpielisku? Nieważne...

Tak naprawdę, o dokładnym miejscu ich pobytu czyli Bolszoje Gołoustnoje dowiedzieliśmy się kilka dni później. Pozycja na mapce Google została wytyczona na podstawie wskazówek '120 kilasów na południe, a potem jeszcze 40 na wschód w odległości ośmiuset metrów od jeziora' - tyle naszej wiedzy! Podobno mają nawigację z mapą Rosji i mogliby chociaż podać współrzędne geograficzne, ale gdzie tam! Kolegom i czytelnikom tu w Polsce musi wystarczyć przybliżona lokalizacja, bo może to jakaś tajna misja? Może tam nie ma nawet nazwy miejscowości z hotelem, którego okna skierowne są na Bajkał przecudnej urody? Halo, halo ekipo, prosimy o bardziej szczegółowe dane i nie oszczędzajcie na wysyłaniu SMS! W razie deficytu zwrócimy wam z klubowej kasy.

Podobno miała dziś dojechać załoga w Uralu, lecz dawno minęła północ tamtejszego czasu i nic, żadnej wiadomości! No tak, ale mogli zaniemóc z radości spotkania i kolejnego przekazu możemy spodziewać się nie wcześniej, jak jutro przed południem. Ech, tylko ten tupot białych mew... Żeby tylko nie przeszkadzał klepnąć w klawisze telefonu ;-)

Najnowsze wiadomosci potwierdzają przyjazd załogi kampera. Romek z przyjaciółmi zameldowali się nad Bajkałem dokładnie w sobotę o godz. 21:30 czasu miejscowego, czyli nasze przewidywania wsparte zdawkowymi informacjami od Jurka i Mirka okazały się trafne.

Dzień piętnasty, niedziela 5.08.2012
Od rana wszyscy uczestnicy spędzali czas na stateczku kursującym po jeziorze. Ośmiogodzinna wycieczka, w tym 2,5 godziny rejsu obfitowały w niezapomniane widoki; najpierw podziwiali 1000 metrową głębię zaledwie pół kilometra od brzegu, a potem pieszo przemierzali urwiska z oszałamiającą panoramą podwodnych skał. Przyroda zaklęta w przejrzystej wodzie robiła wielkie wrażenia tym bardziej, że doświadczali jej wszyscy uczestnicy wyprawy z całą różnorodnością osobistych wrażliwości na aspekty matki Natury.

Kiedy motocykliści powrócili do hotelu, załoga Urala miała się ulokować w bezpośrednim pobliżu. Jednak po dwóch godzinach wezwali telefonicznie pomocy z prośbą o duży traktor, gdyż przydarzył się im najgorszy z podróżniczych koszmarów - utopili kampera w błocie!
W błocie - wyobrażacie to sobie!? Utopili taką samą ciężarówę, jak na fotce poniżej. Niechby choć wędki uratowali...

Ural 4320 (Foto archiwum)

Zdarzenie miało miejsce niecałe 3 km od wioski lecz nie ma tu ziemii ornej, więc i traktorów na lekarstwo. Co najwyżej honoru ciężkiego taboru bronią motocykle z koszami i stada dzikich, ale niekoniecznie ciężkich koni! Mirek próbował załatwić sprawę negocjując z tubylcem ściągnięcie odpowiedniego sprzętu z sąsiedniej miejscowości, ale sukces lub porażka tej inicjatywy zostaną zweryfikowane dopiero jutro. Na poniedziałek motocykliści zaplanowali pomimo wszystko wyjazd do Mongolii, choć na chwilę bieżącą nie wiadomo jeszcze czy będzie to możliwe. Przekazują serdeczne pozdrowienia!

Dzień szesnasty, poniedziałek 6.08.2012
Doszły nas sprzeczne informacje na temat kierunku obranego przez motocyklistów. Anonimowy informator z kampera pisał o planach podbicia Mongolii przez jednoślady, natomiast sami zainteresowani przesłali wiadomości z drogi na Irkuck!? Nie wchodząc w szczegóły Ułan Bator leży na południe, natomiast północna trasa wiedzie prosto do... domu. No nic, pożyjemy - zobaczymy! Jutro coś się wyjaśni...

Jakby jednak nie było, dwójka kozaków wyruszyła dopiero o 14:30 opóźniając start z powodu ulewnego deszczu. Znaną już szutrówkę pokonali tym razem w dwie godziny ciesząc się brakiem kurzu na mokrej nawierzchni. Następne dwie godziny przejeżdżali przez Irkuck i po kolejnej setce, z czego ponad połowę jechali w górach, stanęli na nocleg w motelu. Z okien pokoju mają przecudny widok na Bajkał leżący tuż pod nosem i pobliskie góry!

Kamper ciągle tkwi w błocie na brzegu jeziora kalecząc okolicę dysonansem zwalistej sylwety nijak nie pasującej do 'okoliczności przyrody'. Traktor nie dał rady ruszyć kolosa, więc ściągnięto Kamaza i też było bez efektów choć z przesłanego tekstu trudno wyczytać nadszarpnięte morale lub gorszy humor załogi. Po prostu, w oczekiwaniu na odsiecz chłopaki będą sobie grilować, a potem przyjedzie 'coś' na gąsienicach. Może krasnoarmiejcy? W każdym razie do dzisiejszego wieczora czasu miejscowego nikt od Urala nie odbierał telefonów, więc nawet motocykliści nie znają bieżącej sytuacji.

Dzień siedemnasty, wtorek 7.08.2012
Wreszcie wszystko jasne, co postanowili i... jadą do Mongolii!!! Dzisiejszy plan obejmuje wyjazd z Irkucka drogą M55 do Ułan Ude, wbrew nazwie znajdującego się jeszcze po rosyjskiej stronie i dalej drogą A165 prosto na Kiachtę z przejściem granicznym do Mongolii. Nie mają nawigacji dla tego kraju, więc drogę wytyczą na podstawie map papierowych i pozostanie desperacka... 'dzida na rympał'!

Niestety, ta część podróży posiada pewne obciążenie, bo znajdą się w obcym kraju bez znajomości języka. Lekcji mongolskiego, co wiemy dokładnie żaden z nich wcześniej nie pobierał a szkoda, bo trzeba było! Słowników i rozmówek zapewne też nie wzięli...

Wystartowali rankiem o godz. 8:00 i pierwsze 200 kilometrów jechali wzdłuż brzegu, w odległości kilkudziesięciu - kilkuset metrów od Bajkału na drodze położonej ok. 300 metrów nad lustrem wody. Skarpa opadała do jeziora pod kątem ok. 70 stopni i prostopadle do niej wyrastały drzewa, co wprawiło Mirka w wielkie zdumienie tymi cudactwami widzianymi pierwszy raz w życiu. Kolejne 60 kilometrów przedzierali się lasami, żeby następnie wjechać w doliny ciągnące się niemal 350 kilasów między górami. Jak w bajce, gdzie na rycerzy coś czeka za górami, lasami, rzekami i dolinami...

Około 18:00 tamtejszego czasu, a w samo południe dla naszej rachuby dotarli na nocleg położony jeszcze u Ruskich w odległości 5 kilometrów od granicy. Jutro, czyli w środę przeskoczą do krainy znanej dotychczas jedynie z książek albo telewizji i kojarzonej z Dżyngis Chanem i kobylim mlekiem. Dotychczas przejechali według swoich pomiarów 8650 km, choć na mapie kreślonej przez Google wyszło że trzysta więcej, ale to oni w końcu mają liczniki przed nosami! Tradycyjnie już przekazują serdeczne pozdrowienia dla kolegów i sympatyków w kraju.

Pomimo próśb o wszelkie wiadomości kierowanych do załogi Urala, z tamtej strony panuje głucha cisza. Nie wiemy, co jest z chłopakami i czy auto zostało już wyciągnięte. W pewnych aspektach niniejszej Syberiady, w tym medialnie oraz informacyjnie motocykliści biją kolegów z kampera na głowę. Lecz wszystko może się jeszcze zmienić, bo czasowo i geograficznie osiągnęli dopiero półmetek podróży!

Dzień osiemnasty, środa 8.08.2012
Motocykliści już o 7:30 byli na przejściu granicznym, a tam... zamknięte pomimo kolejki pojazdów czekających od poprzedniego dnia. Normalnie - pogranicznicy skończyli dzień pracy, sprzątnęli (umowne) biurka, zabrali teczki pod pachę i fajrant po zmianie, a ludzie niech stoją skoro tak się śpieszyli! Jednak nasi nie dali za wygraną, wzięli mundurowego między siebie i na boku szu-szu-szu odniosło skutek, bo Rosjanin nakazał ominąć czekających i stanąć na samym początku przed szlabanem. Wraz z otwarciem granicy o godzinie 9:00 Jurek z Mirkiem wjechali na przejście, jako pierwsi i po półtorej godzinie znów mogli cieszyć się jazdą. Dziwi długa trochę odprawa celna, ale może to z powodu zupełnie innych procedur, jak te na Zachodzie - kto wie? W każdym razie odprowadzani z sympatią, czy bez ze strony pozostałych nieboraków ruszyli z kopyta przed siebie

Obiad zjedli gdzieś głęboko w stepie na napotkanym wzniesieniu przecudnej urody oraz równie cudnymi widokami, raptem 180 kilometrów od celu i po południu o 16:30 dotarli bez przeszkód do Ułan Bator - stolicy smakoszy kumysu! Tu zamiast ulic zastali jeden wielki, rozpieprzony i zakurzony plac budowy z pojazdami miotającymi się w różnych kierunkach pośród dziur w nawierzchni o rozmiarach przekraczających te poznane na Syberii. Po godzinie walki o życie (cytat autentyczny) wreszcie zameldowali się w hotelu o światowej nazwie Yokohama (w/g Mirka) lub Tokyo (w/g Jurka). Rozbieżność jest zagadkowa, podobnie do wielu tajemniczych wątków przewijających się w relacji tu i ówdzie. Tokyo, Yokohama czy inne Nagasaki - nie jest to tak ważne, jak ożywczy prysznic w hotelowej łazience wsparty błogim spokojem o motocykle zamknięte tymczasem w garażowym boksie.

Jak upoili się dzisiejszym sukcesem oraz urokiem kraju spływającego kobylim mlekiem i miodem, niech świadczy wymowa cytatu, jaki Mirek nakazał przytoczyć w tym miejscu bez żadnej ingerencji. Czynimy więc zadość życzeniom naszego azjatyckiego ambasadora, który raczył opisać swój wewnętrzny nastrój następującymi słowy:

"Przy moim poczuciu piękna, z wyłączeniem pięknych kobiet i motocykli to tereny Mongolii są przepiękne".

Ufff... Ural został wyciągniety, oczyszczony, poddany przeglądowi i naprawiony(?) Z tych skąpych informacji wynika, że przyczyną utknięcia kampera mogła być jakaś usterka na tyle drobna, że nie wpłynęła na dalszą jazdę choć unieruchomiła auto na parę godzin. Wszystkich szczegółów na razie jednak nie znamy i musimy poczekać na uzupełnienie nowymi wiadomościami lub usłyszymy o tym epizodzie dopiero po powrocie ekip.

W każdym razie, póki co problem pojazdu przestał być palący, więc chłopcy przygotowali jak co rano śniadanie. Uzupełnili też zapasy wody nabieranej prosto z Bajkału również do zbiorników z wodą pitną, gdyż jej właściwości nie ograniczają podobno stosowania w bezpośrednim spożyciu. Jeśli przeżyją bez cholery, dezynterii, czerwonki albo innej plagi, to łykniemy tego newsa niczym młode pelikany bez żadnych zastrzeżeń. Jakoś nie chce nam się wierzyć w neutralizację tych różnych ameb, nawet za pomocą morza wódki, tia...

Po posiłku zajęli się ponownie przeglądem Urala, bo jutro czeka ich wyjazd do Wierszyny, a stamtąd już prosto do Mongolii w ślad za motocyklistami!

Dzień dziewiętnasty, czwartek 9.08.2012
Tak na dobrą sprawę, to prócz zwiedzania Ułan Bator nie działo się u motocyklistów nic nadzwyczajnego. Otrzymaliśmy co prawda lakoniczną wiadomość zawartą w dwóch krótkich zdaniach, że doznali olśnienia pod gitarą sir Paula Mc'Cartney'a oraz coś jest w 'prostej linii z klasztoru Shaolin' ale nic nam to nie mówi.

Zdajemy sobie sprawę, że każdy dzień wymaga od tej dwójki wiele wysiłku, stąd nie naciskaliśmy w żaden sposób na obszerne relacje za małym wyjątkiem prowokacyjnego SMS. Mirek odebrał wiadomość o godz. 20:00 lecz na pytanie o plany na jutro potwierdził jedynie przejechane 9050 km i określił prawdopodobną trasę powrotną taką samą drogą, jak przyjechali. Pozostaje teraz kwestia, czy chcą wrócić do Irkucka i obrać identyczną drogę w kierunku domu, czy też będą się przebijać przez mongolskie stepy do granicy z Rosją na wysokości Krasnojarska, a może Nowosybirska? To jednak czyste spekulacje z naszej strony i miejmy nadzieję, że kolejna wiadomość rozproszy wątpliwości.

Tradycyjnie już pytania o losy kampera i jego załogi pozostały bez odpowiedzi. Dla porządku dodać należy że dzisiaj planowali być w Wierszynie, której nazwę wielokrotnie przywoływaliśmy. Co to jest za miejscowość, można dowiedzieć się np. z Wikipedii.

"Wieś na Syberii nad rzeką Idą położona około 100 kilometrów na północ od Irkucka i 20 km na północny wschód od Tichonowki niemal w samym centrum Okręgu Ust-Ordyńsko-Buriackiego w Obwodzie Irkuckim. Liczyła 529 mieszkańców w roku 2002. Do Wierszyny prowadzi tylko jedna wyboista, gruntowa droga, która po wielkich opadach staje się właściwie nieprzejezdna i odcina wieś od świata.

Jest jednym z niewielu miejsc poza granicami Polski, w którym niemal wszyscy mieszkańcy posługują się językiem polskim. Są potomkami emigrantów głównie z Zagłębia Dąbrowskiego (Zachodniej Małopolski), którzy osiedli tu około 1910 roku. We wsi oraz wioskach przyległych Dundaju, Honzoju i Naszacie mieszka łącznie około 120 polskich rodzin. Z kilkoma rodzinami buriackimi i rosyjskimi to około 1000 osób.

Wierszyna (Foto archiwum)

W Wierszynie działa wiejska szkoła, gdzie zajęcia prowadzone są w języku polskim. W centralnym miejscu wsi stoi drewniany kościółek, pełniący również funkcję domu kultury i miejsca spotkań mieszkańców." (www.wikipedia.pl, zdjęcie: www.obiezyswiat.org.pl).
Więcej informacji można znaleźć choćby w relacjach Romualda Koperskiego - podróżnika znającego Syberię, jak mało kto.

Dzień dwudziesty, piątek 10.08.2012
Wiemy już, że motocykliści po spędzeniu doby w Ułan Bator zdecydowali o powrocie przez Irkuck do domu, czyli m/w taką samą trasą, jaka doprowadziła ich aż do Mongolii. Bieżącą noc spędzili w siodłach i pisząc krótką wiadomość odpoczywali właśnie pod gwiazdami gdzieś u wschodniego brzegu Bajkału po przejechanych 200 kilometrach. Jazda nie była przyjemna, gdyż ponownie musieli znosić uciążliwości szutrowej drogi, ale zapamiętane widoki kompensowały wszelkie niedogodności. No i są ponownie w Rosji! Na marginesie rodzi się refleksja, że Mongolia to niezwykły kraj i słowo 'cudowny' odmieniane w różnych postaciach podczas pobytu w tym kraju przyjęło nagminną formę! Czy jest to prawda, czy tylko subiektywne impresje dowiemy się po powrocie wyprawy.
Nic nie pisali, co prawda o odpoczynku po nocnej trasie, jednak postanowili kontynuować jazdę przez następne godziny. W efekcie minęli Irkuck i zatrzymali się na 160 kilometrze od tego miasta pokonując w ciągu całego dnia 920 kilometrów!

Załoga Urala tymczasem poniechała wyjazdu do Wierszyny i zdecydowali ruszyć prosto do Mongolii. Szkoda, bo obserwując kolejne dni zmagań obu ekip cieszyliśmy się na spotkanie w tej polskiej wiosce, zagubionej gdzieś na Wschodzie. Wiemy z różnych źródeł, że Wierszyna jest odwiedzana przez wiele polskich i zagranicznych wypraw. Jednak tym razem mieli tam zawitać nasi chłopacy wioząc dobre słowo i dowody pamięci z Ojczyzny. Przyczyną jest czas, a właściwie termin ważności wiz mongolskich wygasających za 10 dni. To trochę mało zważywszy, że w planach mają trudny do określenia w czasie odcinek przez Mongolię. Ten prozaiczny powód zdecydował o zmianie planów i usunięciu ważnego, jakby nie było punktu harmonogramu wyprawy. Na dzisiaj zaplanowali więc przekroczenie granicy z noclegiem już gdzieś pod Ułan Bator.

Dzień dwudziesty pierwszy, sobota 11.08.2012
Jurek z Mirkiem przejechali dziś dystans 1030 kilometrów i dotarli do Kanska po pokonaniu wszystkich szutrów na całej trasie od samego Irkucka.

Hurra, podróżnicy w Uralu dojechali do Ułan Bator!
Wypuścili się na miasto szukając wrażeń, podziwiając obcą kulturę i jej przedstawiciel(k)i. Najważniejszym zadaniem stała się wymiana posiadanej gotówki na tamtejsze 'dolary' i zakup dobrych map niezbędnych dla kontynuowania podróży. Jak wspomnieliśmy wyżej, po przekroczeniu granicy rosyjskiej przestała działać nawigacja i warunkiem bezpiecznego przejazdu po pustkowiach są dokładne mapy. Okazuje się, jak bardzo może być przydatny kawałek papieru, kiedy zawodzi owoc wymyślnej technologii w zderzeniu z niedostatkami infrastruktury potrzebnej do działania urządzeń.

Romek ponownie potwierdził, że zmiana planów została wymuszona wygasającymi wizami i wyraźnie stało między wierszami, jak żal im tej modyfikacji. Jednak priorytet wynikający z zachowania rozsądku i wymogów bezpieczeństwa na mongolskich drogach wyznaczył reguły tej części wyprawy.

Dzień dwudziesty drugi, niedziela 12.08.2012
Chłopcy na motocyklach nie wykonali dziennego planu przejazdu z powodu deszczu, który zagonił ich do motelu po przejechaniu 'zaledwie' 400 km, z czego połowę moknęli w siodłach. Zatrzymali się 180 km za Krasnojarskiem w kierunku Nowosybirska i teraz smacznie śpią po spożyciu gorrrącej herbatki (no, powiedzmy 'herbatki'), kiedy my zamieszczamy niniejszy komunikat. A co - należało im się tym bardziej, że w drodze powrotnej przejechali już 2400 km!

Cisza ze strony Urala przestała nas tak bardzo niepokoić, jak w poprzednich przypadkach gdyż dają sobie radę i potwierdzą zapewne ten fakt skromną wiadomością za jakiś czas...

Dzień dwudziesty trzeci, poniedziałek 13.08.2012
Jak przekazał Mirek, od Krasnojarska w kierunku Uralu drogi są naprawdę w doskonałym stanie (cyt. 'są super') i jedzie się po nich wygodnie oraz bezpiecznie. Trochę obaw budzi w naszej dwójce ich stan w europejskiej części Federacji, lecz to dopiero będzie za jakiś czas. Bezpieczny przejazd każdego z odcinków to zasadniczy element, którego nie lekceważą w podróży. Zawsze korzystają z kilkugodzinnego, czyli od 9-10 godzin trwającego odpoczynku i nie forsują się jazdą w nieskończoność, byle do końca po horyzont! Biorą pod uwagę swoje możliwości nie przekraczając dziennego limitu uzależnionego od wcześniejszych ustaleń, które uwzgledniają rodzaj nawierzchni, pogodę i ruch innych pojazdów. Czasem okoliczności wydłużają pokonywany odcinek, jak stało się dzisiaj po pomyłce w lokalizacji hotelu do którego chcieli dojechać. Tym samym wydłużyli jazdę, o bagatelka 250 km, lecz dotarli na miejsce na tyle rześcy, że mogliśmy otrzymać materiał do niniejszego komunikatu.

Dużo satysfakcji i radości odczuwają podczas powitań z tymi samymi ludźmi, których spotykali jadąc w przeciwnym kierunku. Mirek opisał swoje doznania, lecz jesteśmy przekonani o podobnych emocjach Jurka; te piękne chwile są z pewnością udziałek każdego z nich! Wszyscy ludzie napotkani na stacjach benzynowych, w barach czy hotelach życzą im szczęśliwej drogi i nawet przypadkiem napotkani nie tracą sposobności do rozmowy lub wspólnego zdjęcia kończąc słowami 'Sczastliwej puti!'... Właśnie dzisiaj zatrzymali się przy nich dwaj rosyjscy motocykliści zainteresowani naszymi i skłonni do przyjacielskiej rozmowy w trasie. To wzruszające chwile, których chyba bardziej można zazdrościć Jurkowi i Mirkowi, niż tych widoków i przeżyć z pokonywania trasy. Chociaż, kto to wie...

Motocykliści 'zyskali' całe dwie godziny na przekraczaniu stref czasowych i skrzętnie wykorzystali ten fakt pokonując za jednym zamachem 1260 km w czasie 16 godzin! Nie wiem, jak czytelnicy lecz niektórzy tu w Polsce mieliby wielkie problemy z tożsamością własnego... tyłka po przejechaniu tylu tysiecy kilometrów i bynajmniej po asfalcie gładkim, jak stół! Oczywiście, że wspomniane kilkanaście godzin to nie była sama jazda, lecz także krótkie przystanki na jedzenie, kawę i tankowanie o siusianiu nie wspominając. Ponieważ poruszają się tą samą, znajomą drogą co poprzednio, więc starają się wykorzystywać obwodnice do omijania wcześniej odwiedzonych miejscowości. Inaczej traciliby więcej czasu na przejazd niż jest to warte, a jednocześnie 'podciagają' średnią prędkość przejazdową. Do przejścia granicznego z Unią Europejską na Łotwie w miejscowości Zilupe zostało jeszcze 3370 kilometrów w/g wskazań nawigacji. Dadzą radę!

Z Urala (kampera) dochodzą skąpe wiadomości z przeprawy przez Mongolię. Nie wiemy dokładnie, gdzie się znajdują, lecz mają przed sobą jeszcze 1100 km jazdy stepami i brodami rzecznymi do granicy rosyjskiej. Maksymalna prędkość, z jaką mogą podróżować w tych warunkach to góra 30 km/h! Zasięg niezbędny dla nawiązania połączenia telefonicznego lub wysłania wiadomości bywa raz na dwa dni, co może tłumaczyć ciszę ze strony załogi akurat w krainie smakoszy kumysu, lecz w Rosji już hm, raczej nie... :-)
Najważniejsze, że jadą i wszystko w porządku z ludźmi oraz sprzętem czego należało się spodziewać i tego życzyć trzeba chłopakom na kolejne dni!

Dzień dwudziesty czwarty, wtorek 14.08.2012
Dziś motocykliści są na wysokości granicy z Kazachstanem. Co prawda jej linia ciągnie się na długości kilkuset kilometrów i byliśmy przekonani że zarówno tam, jak z powrotem pojadą najkrótszą drogą M51 prowadzącą przez Kazachstan wprost na Syberię. Lecz zarówno w poprzednich relacjach, jak i teraz pojawia się wątek objazdu kazachskiej granicy! Którędy więc pojechali? Nie dowiemy się szczegółów wcześniej jak po powrocie wyprawy, czy mogli jechać przez Pietropawłowsk, czy może zupełnie inną trasą! Faktem jest 'nadłożenie' 600 km przejechanych w deszczu i błocie tylko po to, żeby prawdopodobnie nie wjeżdżać na teren obcego państwa. Państwa będącego jeszcze nie tak dawno jedną z republik Kraju Rad zamienionego obecnie w Federację Rosyjską. Do granicy z Unią Europejską zostało im 3150 kilometrów i mamy nadzieję, że dystans do Piły zmniejszający się każdego dnia nie zaskoczy ich jaką niemiłą niespodzianką!

Chłopcy z Urala dojechali do miejscowości Ałtaj!
Zbieżność nazw może być przypadkowa i jeśli Ałtaj w odniesieniu do miejscowości niewiele nam mówi, to Ałtaj w odniesieniu do obszaru wyżynnego mówi już więcej. Ten system górski położony jest w Azji Środkowej na terytorium Rosji, Kazachstanu, Chin i Mongolii. Zajmuje obszar o długości ponad 2000 km od równin pustyni Gobi ku północnemu zachodowi, rozszerzony w części zachodniej. Dzieli się na Ałtaj właściwy, Ałtaj Mongolski i Ałtaj Gobijski. Najwyższe partie posiadają rzeźbę alpejską, niższe to niewysokie, płaskie grzbiety o stromych stokach, pociętych wąwozami. Zbudowany jest głównie ze skał paleozicznych, wapieni, piaskowców i granitów mocno poprzemieszczanych w wyniku ruchów górotworczych. Rzeźba gór została silnie zrównana w następnych okresach dzięki wypiętrzeniu oraz zlodowaceniu i silnej erozji.

Posiada dość surowy klimat górski i wysokogórski z mroźnymi zimami i krótkimi, chłodnymi latami. Część wysokogórska pokryta jest łąkami i tundrą, niżej występują bogate lasy przechodzące w stepy i półpustynie na wschodzie. W najwyższych partiach obecne są lodowce, a zasoby wodne stanowi ponad 3000 jezior oraz liczne rzeki. Występują tam liczne bogactwa mineralne, jak rudy cynku, ołowiu, rtęci, żelaza, miedzi, złota, metali rzadkich i węgla kamiennego. W Republice Ałtaju utworzono w 1932 roku Rezerwat Ałtajski, a w 1998 roku góry Ałtaj zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Przyrody UNESCO oraz na listę rezerwatów biosfery w 2009 roku.

Ałtaj (Foto archiwum)

Właśnie wczoraj, w takich pejzażach przeprawiali się przez rzekę. Choć cała operacja trwała kilka godzin to zakończyła się pełnym sukcesem. Tego dnia miało miejsce kilka wydarzeń, które kamperowcy długo będą wspominać i zapewne często wracać ich opisem w opowiadaniach.
Podczas przeprawy pomogli wydobyć się z opresji Kazachom pracującym w Mongolii, którzy utknęli na tydzień(!) pośrodku brodu i z gasnącą nadzieją oczekiwali na ratunek. Wydobycie ich ciężarówki trwało 4 godziny, a po wyciągnięciu na brzeg nakarmili bidoków zupełnie pozbawionych zapasów i nawet bez grosza w kieszeniach. Wdzięczność uratowanych podobno była bezmierna i czujemy dumę oraz wzruszenie z postawy naszych kolegów, choć nie wyobrażamy sobie pozostawienia kogokolwiek w potrzebie przez ekipę w takim składzie.

Niech gazety rozpisują się o jakimś 'pojednaniu' polsko-rosyjskim i nawet telewizje niech idą w sukurs tym bzdurom potrzebnym chyba tylko politykom dla ich cynicznych gierek! Zwykli ludzie, normalni Polacy i Rosjanie nie potrzebują sztucznych i napuszonych gestów, bo przykład choćby z naszej wyprawy dobitnie świadczy o serdecznych relacjach pomiędzy nami. Szukanie powodów dla wymyślonego 'pojednania' jest obłudną grą na naszych sumieniach, by kontrastować zdarzenia z naszej historii i jednocześnie kwestionować naturalne stosunki między dobrymi sąsiadami.

Jakby nie było, mało że chłopcy wyciągnęli i zaopatrzyli Kazachów skazanych prawdopodobnie na kilkutygodniową wegetację w rzece na bezludziu, to jeszcze pomogli doprowadzić ich pojazd do porządku, a roboty było niemało uwzględniając wodę w zbiornikach paliwa i wszechobecne błoto pokrywające wszystkie mechanizmy. Nie był to jeszcze koniec dnia próby, gdyż zaraz po Kazachach trafiła się jakaś nieszczęsna rodzina mongolska z uszkodzoną oponą w samochodzie. Naprawili im to koło dziwiąc się, że można jeździć po tutejszych wertepach na kompletnie łysych oponach ryzykując w każdej chwili oczywistą awarię. Przebita opona u nas, a na syberyjskich bezdrożach to dwa różne wydarzenia rodzące nieporównywalnie odmienne skutki. Jakakolwiek sytuacja unieruchamiająca pojazd w takich warunkach skazuje podróżników na przypadek kiedy dotrze pomoc, choć i ta może być nieskuteczna ze względu na brak możliwości np. technicznych ze strony potencjalnych wybawców. Chłopcy z kampera na szczęście byli dobrze przygotowani, no i skorzy do pomocy. Jak to Polacy!

Dzień dwudziesty piąty, środa 15.08.2012
Dzień dla motocyklistów rozpoczął się pomyślnie i przez 9 godzin machnęli 800 kilometrów! Są zatem znów w europejskiej części Rosji, co chyba nie wpłynęło dobrze na stan techniczny motocykla Mirka. Może przyczyniły się do tego wczorajsze przewidywania pomyślnego powrotu zredagowane prawdopodobnie w złą godzinę, bo pękła przednia opona w Kawasaki! Szczelina jest na wskroś gumy, dokładnie na zewnętrznej części bieżnika i liczy 10 cm. Choć zdarzenie miało miejsce podczas jazdy, to jednak niewielka prędkość ok. 80 km/h i opanowanie maszyny przez kierowcę nie doprowadziły do poważniejszych konsekwencji.

Przednia opona w Kawasaki

Do najbliższego miasta jest 40 km od miejsca awarii, lecz zastał ich wieczór co mocno skomplikowało całą sytuację. Jurek pojechał dalej szukać rozwiązania w jakimś warsztacie przy drodze, co nie jest nigdy łatwe o godz. 21:00. Mirek zamiast siedzieć bezczynnie... ponownie usiadł za kierownicą i po prostu przejechał 19 kilometrów do wulkanizatora. Rano naprawią uszkodzenie, założą oponę i dzida! Szkoda tylko, że zapasówki jadą spokojnie w kamperze o kilka tysięcy kilometrów za nimi i oczekiwanie na pomoc z tego kierunku nie ma najmniejszego sensu. Z kolei podczas przygotowań do wyjazdu nie mogli pominąć fotografii tych wszystkich podróżników, jacy wcześniej podbijali Syberię dźwigając na motocyklach oprócz bagażu, również zapasowe opony, tia... Jak to mówią Polak przed i po szkodzie... mądry inaczej!
Do Łotwy pozostało motocyklistom 2050 km i z właściwym sobie animuszem oraz dużą dawką dobrego humoru pozdrawiają serdecznie kolegów w kraju.

Dzień dwudziesty szósty, czwartek 16.08.2012
Mówią, że nieszczęścia chodzą parami i tak było w przypadku chłopaków na motocyklach. Ledwo naprawili koło w Kawasaki zakładając oponę od Iża, to przed południem po przejechaniu 120 km zaczęły się nowe problemy z tylnym kołem dla odmiany w Tenerze. Przyczyna okazała się prozaiczna - dziura w dętce! Ze skąpych informacji wynika, że zdołali załatać uszkodzenie i jadą dalej, więc kłopot na razie z głowy. Jednak trochę nas to zaniepokoiło, bo przecież zabrali ze sobą zapasowe dętki i mówiliśmy o tym podczas spotkania na BP w godzinę startu wyprawy. Prawdopodobnie wyczerpali rezerwę i teraz nie pozostało nic innego, jak klejenie tego co mają w bagażach.

Jednak zmęczenie materiału dało w końcu znać o sobie i wydaje się czymś normalnym, że ogumienie przejmujące na siebie całość kontaktu z podłożem, po przejechaniu kilkunastu tysięcy kilometrów w ciężkich i zróżnicowanych warunkach nie wytrzymało! Nie czas jeszcze na podsumowania, ale w trakcie dwudziestu sześciu dni podróży nie mieli żadnych kłopotów z silnikami, a jedynie drobne usterki napędu o termostacie nie wspominając. Ze wszystkim jak na razie dawali sobie radę sami lub z niewielką pomocą zewnętrzną organizowaną również samodzielnie. Koniec końców, na schyłek dnia mogli spokojnie odpocząć mając przed oczyma widok na Wołgę i 'tylko' 800 kilometrów do Moskwy! Jak napisali na koniec korespondencji - 'Pozdrawlajem wsiech', co dobitnie świadczy o dobrej kondycji i nienaruszonym morale tandemu.

Tymczasem załoga Urala niezmordowanie przedziera się przez step mając za towarzyszy wielbłądy wokół kampera i orły szybujące nad nim. Nawiasem mówiąc wierzymy, że wykluczyli pomyłkę rozpoznając jednak orły, a nie złowrogie sępy wypatrujące padliny...

Rano wyjechali z miejscowości Darwia, choć sami nie wiedzą czy coś takiego znajduje się na mapie. Dla lepszej orientacji podali, że mają około 500 kilometrów do granicy w Tashante. To miejsce udało się w końcu zlokalizować na zachodzie Mongolii, gdzie droga M52 prowadzi do przejścia granicznego z Rosją. Ale jest pewien problem z lokalizacją ekipy, która mogła pojechać z Ułan Bator trasą północną w kierunku Ułaan Gom albo południową na Howd. Nie wiemy którą drogę wybrali, więc deklarowany dystans 500 km do granicy może wyglądać diametralnie inaczej dla każdej opcji. Póki co, powstrzymamy się z oznaczeniem ich pozycji na prezentowanej mapce, a jutro ponownie zapytamy o dokładniejszą informację, choć może to już być zbędne jeśli dotrą do samej granicy. Podaną odległość są w stanie przejechać w 10 godzin, czyli m/w do jutrzejszego wieczora.

Wcześniejsze prośby o odczytanie współrzędnych geograficznych z nawigacji okazały się chyba niewykonalne, gdyż nie otrzymaliśmy żadnej wiadomości zawierającej najprostsze i najbardziej precyzyjne dane do określenia pozycji gdziekolwiek w świecie! O ile pomyłka nie wchodzi w rachubę, to każda nawigacja nawet bez map czyta współrzędne jeśli tylko odbiornik ma możliwość odbierania sygnałów z co najmniej trzech satelitów.

Dzień dwudziesty siódmy, piątek 17.08.2012
Rano motocykliści zawiadomili o zamiarze dojechania do Moskwy i już wiemy, że tak się stało. Dotarli do celu, przejechali całe miasto i pojechali dalej, co potwierdzili w lakonicznym sms przesłanym wieczorem do Polski. Wynika z treści że machnęli nie mniej, jak 800 kikometrów od poprzedniego dnia do stolicy Rosji i jeszcze im mało jazdy... Poljaki, ot!

Druga wiadomość, jaką otrzymaliśmy tym razem z Urala potwierdziła, że z Ułan Bator obrali jednak ciekawszą trasę południową w głąb Mongolii i do granicy z Rosją zbliżają się przez Howd! Dzielne chłopaki, nie poszli na łatwiznę i woleli stepy od gór co wyjaśnia, skąd wzięły się wielbłądy w pobliżu. Na nocleg zatrzymali się przed miejscowością Olgij, tamteż dokonali wieczornych ablucji w lodowatym potoku i po całym dniu jazdy udali się na zasłużony odpoczynek. Wiadomość do nas była ostatnią czynnością przed snem wykonaną przez Jarka.

Wreszcie wiemy dokładnie gdzie się znajdują ponieważ od Ułan Bator kombinowaliśmy z ich położeniem nie wiedząc nawet, którą drogę wybrali. Kluczowa, choć najbardziej zabawna była wiadomość o wjeździe do Ałtaju, jakby ten cały Ałtaj miał powierzchnię Lubasza i zlokalizowanie ekipy było niczym wskazanie kościoła przy lubaskim jeziorze :-) I tak właśnie było z tym, że oni wjechali do miejscowości Ałtaj! Jednak my przesłaną, skąpą wiadomość odczytaliśmy jakby dotarli do Kraju Ałtajskiego z pasmem gór o takiej samej nazwie.

No dobra, na dziś to wszystko co wiemy! Jutro odpalają Urala o 8:00 rano tamtego czasu i zamierzają, jak najszybciej przekroczyć granicę. Powodzenia chłopacy i uważajcie na zezowatych Mongołów, którzy ponoć przynoszą pecha identycznie, jak czarne koty...
Aha, pozdrowienia dla wszystkich od Czernika!

Dzień dwudziesty ósmy, sobota 18.08.2012
Jurek z Mirkiem około godz. 15:00 przekroczyli granicę Unii Europejskiej w Zilupe na Łotwie! Tuż po 22:00 byli już w Polsce pod Suwałkami i tam zostaną do jutra. Mirek przedstawił drogę powrotną w formie krótkiej syntezy poczynając od dziesiątego sierpnia, kiedy wyjechali z Ułan Bator przez Ułan Ude do Irkucka. Stamtąd starsi panowie obrali kurs na Nowosybirsk i Kazań do Moskwy, którą brali w siodłach prując przez samo centrum rosyjskiej stolicy. Z podsumowania wynika, że do polskiej granicy przejechali z nad Bajkału 8100 kilometrów w dziewięć dni. No, niecałe dziewięć gdyż kolejne strefy czasowe mijane od Irkucka skróciły przejazd o bite 7 godzin uzbierane na trzech granicach! Jutro będą w Pile i trzeba ich godnie powitać, więc szykujcie garnitury, pastujcie niedzielne lakierki i strojcie instrumenty dla pełnej gali, bo motocyklowa ekipa Syberiady zakończy po południu swoją część podróży!

Dzień dwudziesty dziewiąty, niedziela 19.08.2012
Dostaliśmy potwierdzenie, że motocykliści bez przeszkód jadą w kierunku Piły. Niezwłocznie rozesłaliśmy do wszystkich klubowiczów wiadomość o możliwym spotkaniu w Rudzie za Wyrzyskiem i w efekcie wyjechaliśmy naprzeciw w trzy maszyny tzn. Marian Jędrzejaszek, Maciej Pakiet i Wojtek Skowroński, jak tylko chłopacy potwierdzili swoją obecność za Bydgoszczą.

Kiedy dojechaliśmy na stację paliw wcześniej zaopatrzywszy się w butelkę szampana, Jurek z Mirkiem byli już od minuty na miejscu! Serdecznie i ze wzruszeniem oklepaliśmy się na misia, a potem rąbnęliśmy po symbolicznym łyku Igristoje za szczęśliwy powrót ekipy!


Wzruszenie towarzyszące spotkaniu spotęgowała maskotka, którą Mirek dostał 'na szczęście' od swojej córeczki. Widać, dzięki pluszakowi los był łaskawy dla obu podróżników co pięczętujemy niniejszym zdjęciem na dowód, że dobre wróżby nie tylko objechały całą Syberię, to jeszcze wróciły z powrotem!



Spotkanie w Rudzie niespodziewanie nabrało bardziej tłumnego charakteru za sprawą Artura Golasy, Jacka Sokołowskiego, Rafała Bartosia i Wieśka Pawłowskiego z żonami. Wracając z wycieczki do Wilna dowiedzieli się o przyjeździe Sybiraków i tak dopasowali czas powrotu do Piły, że spotkaliśmy się wszyscy w jednym miejscu!


Nadciągnęła z tego powodu kolejna fala opowiadań i trzeba przyznać, że obaj tzn. Jurek z Mirkiem mieli naprawdę duży problem, żeby zaprezentować w pigułce co bardziej charakterystyczne momenty ze swojej podróży. Szanując jednak ich zmęczenie oderwaliśmy się od stolika i wspólnie w 9 maszyn wróciliśmy do Piły. Tym samym o godz. 18:00 zakończyła się motocyklowa część Syberiady i teraz czekamy na załogę Urala.


Załoga Urala wjechała na Trakt Czujski w górach Ałtaj co oznacza, że są już w Rosji! Jak wcześniej informowali, granicę przekroczyli w Tashante, gdzie znajduje się oficjalne przejście wyłącznie dla Rosjan i Mongołów. Ponieważ właśnie tamtędy przejeżdża znakomita większość podróżników z różnych stron świata, jest chyba w tych ograniczeniach jakaś furtka? Otrzymaliśmy od chłopaków pierwsze zdjęcia zrobione zapewne zapalniczką, gdyż jakość pozwala zaprezentować je tylko w postaci niniejszych miniaturek:


Nie, żeby od razu frymarczyć co do jakości czy objętości materiału, gdyż doceniamy każdego sms-a opisującego podróż jednej i drugiej ekipy. Traktując obrazki, jako poglądowe nie możemy się jednocześnie doczekać prawdziwej dokumentacji fotograficznej, która będzie zapewne kanwą dla długich opowiadań...

Dzień trzydziesty, poniedziałek 20.08.2012
Jeśli chłopcy z Urala wjechali wczoraj na Trakt Czujski, to dziś prawdopodobnie jeszcze jechali tą drogą. Czym ona jest, możemy dowiedzieć się np. z Wikipedii czytając o drodze M52, jako trasie magistralnej na terenie Rosji. Zaczyna się w Nowosybirsku prowadząc na południe z połączeniem do M51 wiodącą na zachód i M53 na wschód. Południowa odnoga M52 nazywana Traktem Czujskim jest typową, asfaltową drogą górską w dobrym stanie o długości 510 km. Biegnie przez góry Ałtaju stromymi dolinami wzdłuż rzek Katuń oraz Czuji. Biorąc pod uwagę możliwości kampera, chłopcy byli w stanie przeskoczyć od granicy w Tashante do Nowosybirska w jeden dzień jazdy! Obstawiamy zatem, że minęli Nowosybirsk i mogą być w drodze do Omska.

Trakt Czujski w górach Ałtaj (Foto archiwum)

Dzień trzydziesty pierwszy, wtorek 21.08.2012
Dosłownie z ostatniej chwili przyszła wiadomość z kampera, że są w okolicach Ufy! Informacja została nadana o północy czasu rosyjskiego, a więc odebraliśmy w Polsce we wtorek ok. 3:00 nad ranem. Napisali, że jadą dzień i noc na zmianę i wszystko jest ok! Kiedy cztery godziny wcześniej, jeszcze w poniedziałek o północy naszego czasu kalkulowaliśmy pozycję Urala gdzieś na drodze do Omska, to oni musieli być w tym czasie gdzieś pod Czelabińskiem tzn. 1200 km dalej. Rzeczywiście, mają nieziemskie tempo!

Dzień trzydziesty drugi, środa 22.08.2012
Ufa leżąca w Baszkirii zatrzymała ekipę także na dzisiaj. Jak poinformowali nasi koledzy, dzień spędzali na zakupach i możemy się domyślać oddawali także wypoczynkowi. Wszyscy czują się doskonale i samochód jest gotów do przejechania kolejnych odcinków. Do domu mają już tylko 3000 kilometrów i serdecznie pozdrawiają!

Ulica Lenina w Ufie (Foto archiwum)

Dzień trzydziesty trzeci, czwartek 23.08.2012
Dzisiaj dojechali do miejscowości Nadbiereżnyje Czelny u brzegu rzeki Kamy. Niestety, pogoda się zmieniła i padał deszcz co prawdopodobnie zwolniło tempo jazdy. Jak podał Aleks, do granicy pozostało 1780 km. Przewidują powrót do Polski w niedzielę 26.08. Wszystko, czyli stan ludzi i sprzętu wskazuje, że jest to możliwe. Jak zwykle załączają pozdrowienia!

Dzień trzydziesty czwarty, piątek 24.08.2012
Otrzymaliśmy zdawkową informację, że Ural cały czas jedzie... Chętnie zaspokoilibyśmy ciekawość, lecz telefony milczą.

Dzień trzydziesty piąty, sobota 25.08.2012
Pomimo wielu prób połączenia z załogą kampera, żadne nie doszło do skutku. Nawet, kiedy jechali przez Mongolię od czasu do czasu ale dawali o sobie znać do kogoś w Polsce. Jesteśmy nieco zaniepokojeni...

Przejście graniczne w Zilupe (Foto archiwum)

Nie jest wykluczone, że utknęli na przejściu granicznym pomiędzy Rosją, a Łotwą w Zilupe. Sznur samochodów na zdjęciu jest czymś normalnym, co nie ułatwia szybkiego przejazdu. Doświadczyły tego obie ekipy jadąc miesiąc temu na wschód.

Dzień trzydziesty szósty, niedziela 25.08.2012
Poranny telefon od Romka Sendala wyjaśnił wszystko - ekipa szczęśliwie dotarła do Polski i w nocy zajechali do Lubasza! Tym samym powitanie, jakie planowaliśmy im sprawić stało się nieaktualne. Poprzednie spekulacje wskazujące miejsce bieżącego pobytu załogi okazały się nietrafne z powodu braku kontaktu i aktualnych informacji.

W każdym razie, po 36 dniach od momentu startu motocyklistów wyprawa na Syberię po wielu przygodach zakończyła się pełnym sukcesem i bez przykrych niespodzianek, które mogłyby rzucić cień na cały projekt. Jesteśmy dumni, że nasi ludzie dotarli tak daleko i planowana od miesięcy podróż przyniosła uczestnikom i obserwatorom w kraju moc satysfakcji.



Na górę